Mam wśród otwartych projektów fotograficznych jeden, który jest poświęcony mojemu obecnemu miejscu zamieszkania. A odkąd mam w planach wyprowadzkę, trochę więcej spaceruję po dzielnicy i demokratycznie fotografuję wszystko, co mi wpadnie w oko.
Któregoś kwietniowego popołudnia moją uwagę przykuły pozostałości po ewangelickim cmentarzu przy ul. Kamykowej na wschodniej Białołęce.
Często wydawało mi się, że na tym zapomnianym przez stołecznych włodarzy zadupiu miasta nie było wcześniej nikogo ani niczego, a deweloperka wyrosła z niczego na pustych łąkach.
Tymczasem przez stulecia na tych terenach mieszkali niemieccy osadnicy z Holandii, tzw. olędrzy (olendrzy). Uciekali oni ze swoich domów przed wojną i prześladowaniami religijnymi i zakładali osady na trudno dostępnych terenach; z czasem asymilowali się z miejscowymi pomimo różnic językowych, narodowościowych i religijnych. Ślady ich bytności da się odnaleźć do dzisiaj - cmentarze lub ich pozostałości są rozsiane po całym kraju.
II wojna światowa zakończyła okres olenderskiego osadnictwa, zaś cmentarz przy Kamykowej popadł w ruinę. W 2012 roku zachowane płyty nagrobne przeniesiono do lapidarium niedaleko innego cmentarza ewangelickiego u zbiegu ulic Ruskowy Bród i Mańkowskiej.
W połowie 2024 roku, pomimo braku zezwolenia urzędu dzielnicy, jeden z deweloperów rozpoczął na Kamykowej prace przygotowawcze pod budowę nowego osiedla. Po protestach mieszkańców i interwencji konserwatora zabytków prace zostały przerwane, a cmentarz doczekał się (po 12 latach 😓) wpisania do rejestru zabytków.
No i tak o. Czasami nie trzeba iść daleko, żeby przekonać się, jak długa jest historia migracji i wielokulturowości w tym naszym grajdole. Niestety – również niewiele trzeba, by ślady tej historii zatrzeć.